– I jak ci idzie?! - zawołałam zadzierając głowę do góry.
Cisza. Oczywiście mnie nie słyszała, ale przecież nie mogłam za głośno krzyczeć bo jeszcze zwróciłabym czyjąś uwagę. Westchnęłam z poirytowaniem i wspięłam się po drabinie na dach parterowego budynku. Zastałam tam Jo majstrującą coś w skupieniu, niemal niewidoczną pośród góry kabli i urządzeń. Z bezprzewodowymi słuchawkami na uszach wyglądała jak pilot helikoptera. Zdjęłam jej te słuchawki szybkim ruchem niczym zdenerwowana matka.
– Pytam jak ci idzie! – powtórzyłam. – I nie słuchaj muzyki bo nie można się z tobą dogadać!
– Jak puszczałam z głośników to się wkurzałaś, że nas usłyszą – odparła z chytrym uśmieszkiem.
– To nie słuchaj w ogóle. Zamiast tego skup się na pracy!
– Po pierwsze mi nie rozkazuj - jesteś młodsza, po drugie mi jesteś się łatwiej skupić z muzyką, a po trzecie (odpowiadając na twoje pierwsze pytanie) dobrze mi idzie.
– No ja myślę – spojrzałam na niebo za nami. Ciemne chmury kłębiły się na niebie, owiał mnie chłodny wiatr. – Musisz się pospieszyć, burza nadejdzie lada chwila.
– Daj mi pięć minut – oznajmiła z naciskiem na "pięć".
– Idę wnieść zapasy do środka i jak wrócę piorunochron ma być zamontowany – oznajmiłam ostro, na co siostra zasalutowała mi nawet na mnie nie spoglądając.
Schodząc na dół zastanawiałam się jak to jest być młodszą siostrą. To znaczy mentalnie młodszą siostrą. Jednak przenosząc łupy, które udało mi się zebrać z okolicy doszłam już do wniosku, że nigdy się tego nie dowiem. Nigdzie nie widziałam Sloanne i Nicka więc pomogłam Jo znieść sprzęt z dachu i umieścić wszystko z powrotem w jej - jak to nazywała - "pracowni". Potem udałyśmy się w umówione miejsce, czyli do starej sali operacyjnej. Tam też spotkałyśmy rodzeństwo. Dominick siedział na krześle obrotowym krześle z nogami na stole; jego siostra wybrała wygodniejsze siedzisko - jedno z tych co dostosowują się do siedzącego (wynalazek 22 wieku, który podbił świat tuż przed asteroidą - jak twierdziła Jo).
– Co tak długo dziewczynki? – spytał chłopak zaprzestając na chwilę prób żonglowania kulkami papieru. – Czekamy tu na was już... – spojrzał na niewidzialny zegarek na ręce – ...wystarczająco długo, żeby zanudzić się na śmierć!
– Dobra, dobra już nie przesadzaj – odparła Jo kiedy zajmowałyśmy nasze miejsca przy stole operacyjnym. – A tak w ogóle, skąd ty wytrzasnąłeś to przedpotopowe krzesełko? Przecież to ma ze sto lat!
– Powiedziała ta co słucha płyt CD z antykwariatu – odciął się.
– Halo! Przedszkole! Już cisza! – Tori zaklaskała w ręce zaprowadzając spokój na sali.
– Tak racja – Nick ze stęknięciem spuścił nogi ze stołu. – Co mamy? Wszyscy wykonali zadania?
– Piorunochron jest! Wszystko cacy, pierun w nas nie dupnie, zaufajcie mi, jestem mechanikiem – zameldowała Jo.
– A wy dziewczynki? Macie coś ciekawego? – zwrócił się do mnie i Anne.
Bez słowa podniosłam z ziemi wielki wór, który zaraz głośno spadła na blat.
– Dwie kurtki, dwie pary spodni, para rękawiczek, termos i jedna konserwa.
– Nie dużo, nie dużo...
– Jak jesteś taki mądry, to może sam spróbuj zdobyć dużo rzeczy kiedy nadchodzi burza i nie masz na to czasu – odparłam lekko zirytowana jego zachowaniem.
Zamiast odpowiedzieć, przeniósł pytający wzrok na swoją siostrę, która do tej pory milczała. Jej zadaniem było rozejrzeć się po wschodniej części budynku, w takim samym celu co ja przeszukiwałam teren na zewnątrz.
– Tam nie ma zbyt wiele ciekawych rzeczy. Właściwie to jest pusto – sięgnęła pod stół, a następnie uniosła rękę trzymając w niej jakieś dziwne urządzenie z urwanym zakręconym kabelkiem. – Znalazłam tylko to. Ktoś wie co to jest? Bo jeśli nie...
– To telefon – odpowiedziała Jo, a spotkawszy się ze zdziwionym wzrokiem nas wszystkich wyjaśniła – To znaczy sama słuchawka od telefonu. Robiono takie w dwudziestym i na początku dwudziestego pierwszego wieku. Nie wiem co to w ogóle tutaj robi... – w tym momencie przerwała, bo rozległ się grzmot tak głośny, że aż się wzdrygnęła. – Komputer! – wykrzyknęła z przerażeniem, zerwała się z krzesła i pobiegła w stronę swojej "pracowni".
– No dobra, to może w tym czasie pan Ja Tu Dowodzę opowie nam co udało mu się osiągnąć? – Tori obrzuciła brata powątpiewającym spojrzeniem spod niebieskiej grzywki opadającej jej na oczy.
– A! Plan! No jasne, coś ty sobie myślała? Że niby go nie skończyłem? – spojrzał na dwie kartki leżące przed nim na stole. – To musi być ten – mruknął pod nosem rozwijając jedną z papierowych kulek.
Obie mierzyłyśmy go tylko wzrokiem, podczas gdy dłuższą chwilę starał się znaleźć plan północnej części budynku, który miał za zadanie zrobić.
– Jest! – wykrzyknął nagle. Już miał zacząć nam opisywać co odkrył, kiedy usłyszeliśmy huk w drugim pokoju. Zabrzmiało to jakby coś spadło na podłogę. – Pewnie zapomnieliśmy tam zabezpieczyć okno – westchnął Nick. – Siostra, weź idź to zrób.
– Ani mi się śni! – spojrzała na niego jak na nienormalnego. – Poza tym jestem złodziejem, nie znam się na tym.
– No już mi nie mów, że takiej prostej rzeczy jak zabezpieczenie okien nie umiesz zrobić – pokręcił głową, ale wstał i udał się do drugiego pokoju. Zanim jeszcze wyszedł, Tori pokazała mu język.
Zostałyśmy we dwójkę. Siedziałyśmy chwilę w ciszy, ona zapewne nie wiedząc co powiedzieć, a ja...cóż po prostu nie jestem zbyt rozmowna. W takich chwilach ludzie, którzy lubią mówić czują się niezręcznie i zastanawiałam się czy ona właśnie tak się czuje. Mnie osobiście cisza bardzo odpowiadała, nigdy nie uważałam wypełniania ciszy bezsensownymi słowami za inteligentne. Tak zamyślona wsłuchiwałam się w wiatr i deszcz na zewnątrz. Burza już się zaczęła.
Nagły grzmot równoczesny z błyskawicą wyrwały mnie z zamyślenia. Światło zgasło, a ja odruchowo chwyciłam za pistolet, który zawsze nosiłam przy sobie.
– Co jest kurde? – usłyszałam obok siebie głos Anne.
– Masz latarkę? – odpowiedziałam pytaniem.
– Nie. Czemu reszta się nie odzywa?
– Nie wiem, chodź podejdziemy do drzwi – to powiedziawszy zaczęłam powoli przesuwać się wzdłuż ściany.
Usłyszałam, że dziewczyna podąża za mną. Wreszcie moja ręka natrafiła na pustkę co oznaczało, że stanęłam w progu.
– Nick?! Jo?! – zawołała Sloanne. Nikt jej nie odpowiedział. – Może coś im się stało?
– Mam nadzieję, że nie – to, że nie odpowiadali, nie znaczyło od razu, że coś im się stało; było mnóstwo innych logicznych wyjaśnień, ale mimo to powoli zaczynałam się martwić.
– Idziemy ich poszukać – zdecydowała. – Pomóż mi znaleźć coś co będzie świecić.
Uznałam, że to dobry plan więc skinęłam głową zapominając, że w tych ciemnościach dziewczyna mnie nie widzi. Kiedy tylko się odwróciłam usłyszałam za sobą jakiś szelest. Zrobiłam więc obrót z powrotem i ujrzałam przed sobą bladą twarz. Usta rozszerzyły się w straszliwym uśmiechu, oczu nie widziałam spod włosów przyklepanych czarnym kapturem. Zazwyczaj mogę się powstrzymać od wyrażania lęku, ale to buło tak niespodziewane, że wydałam z siebie krótki krzyk, jednocześnie unosząc pistolet. Sloanne stojąc już kawałek za mną również krzyknęła. Natomiast przerażająca postać tylko się roześmiała, zrzuciła kaptur i spuściła latarkę w dół, tak by nie podświetlała twarzy. Całe napięcie w jednej chwili zniknęło.
– Ale to było dobre – powiedział Nick ocierając łzy śmiechu.
– Oszalałeś?! – spytałam. – Wiesz jakie to było nieodpowiedzialne?! Przecież mogłam cię zabić!
– Dominick ty durniu! – dodała Tori. – Co ja ci mówiłam o straszeniu?
– No już tak nie przesadzajcie – ewidentnie nie dostrzegał powagi sytuacji. – Przecież nic się nie stało. Od kiedy to postraszyć się nie można?
– Od kiedy nie masz chipu!
– Dobra stop! – przerwałam im. – Widziałeś gdzieś Jo?
– Przy tych egipskich ciemnościach to ja nawet swoich stóp nie widzę.
– Jestem! Korki wywaliło! – dało się słyszeć głos mojej siostry dochodzący z drugiego końca korytarza.
– Nic ci nie jest?! – spytałam i wyrwawszy chłopakowi latarkę z ręki już biegłam w stronę "pracowni".
– Kontakt trochę potraktował mnie prądem i straciłam przytomność, ale oprócz tego to spoko! – usłyszałam odpowiedź.
(I właśnie w tym momencie moje pomysły wyginęły jak dinozaury) Sloanne? Dominick?