- Jesteś piękna - wyszeptałam, chwytając między palcami jeden z jej liliowo niebieskich kosmyków. Uśmiechnęła się drwiąco i podsunęła mi jointa. Zaciągałam się dopóki nie cofnęła dłoni znów umieszczając ją nieco nad moją głową.
- Brzydko piękna - w jej słowach nieznacznie pobrzmiewała gorycz. Uniosłam się, dosięgając jej warg i wydychając dym prosto w jej cudownie miękkie usta. Pocałowałam ją mocno, myśląc o tym jak łatwo te pocałunki stały się jedynym co zaprzątało moje myśli. Cała Sinoite podstępem wkradła się do mojej głowy odbierając mi zdolność racjonalnego myślenia. Znów opadłam na beton, a moje spojrzenie ślizgało się po krągłościach jej zaczerwienionych policzków, pociągających, lekko rozchylonych wargach aż w końcu utkwiłam wzrok w jej oczach. Patrzyła prosto na mnie, a pod jej spojrzeniem czułam się zupełnie naga, nie miałam nic od ukrycia.
- Chyba się zakochałam - prawie nie poruszałam wargami wypowiadając te słowa, były ciche jak tchnienie wiatru, jednak ona musiała je usłyszeć bo pokręciła głową z nieodgadnionym wyrazem twarzy i położyła się obok mnie. Gwiazdy nad nami zdawały się wisieć w zasięgu ręki, cały wszechświat wydawał się tylko czekać na nasz ruch, ale my nadal trwałyśmy w miejscu ciesząc się tym, że chociaż przez chwilę nie jesteśmy same, że mamy siebie nawzajem. Bo właśnie takie miałam wrażenie, czując ciepło Sin tuż obok mnie. Odnalazłam jej dłoń i splotłam nasze palce, zastanawiając się nad tym czy jeszcze kiedyś będzie mi dane poczuć jej dotyk. Teraz byłam pewna, że chwila obecna mi nie wystarczy, potrzebowałam więcej, chciałam być pewna, że to co mamy nie ucieknie wraz z wschodem słońca i jednocześnie byłam boleśnie świadoma tego, że wciąż jeszcze mam drogę ucieczki, mogę się wycofać. Jedyne czego chciałam to nie musieć znosić bólu, nigdy więcej, ale wiedziałam aż nazbyt dobrze, że miłość ciągnie za sobą cierpienie. Wyobraziłam sobie, że spadam w objęciach Sinoite, a jej dotyk jest ostatnim co czuję. Czy tak nie byłoby prościej?
- Powinnyśmy już iść spać - westchnęłam, usilnie próbując się skupić. Wstałam, pomagając Sin. Wróciłyśmy do pokoju i położyłyśmy się obok siebie. W ciemności słyszałam jej urywany oddech. Zacisnęłam powieki wmawiając sobie, że potrafię zasnąć. Na próżno.
- Ja tak nie potrafię - wyznałam, odwracając się do niej. Uważnie obserwowałam jej profil, jej na wpół przymknięte oczy otoczone długimi rzęsami. - Musimy porozmawiać.
- Nie mamy o czym - zauważyła sennie Sin.
- No właśnie. Bo jeszcze tego nie nazwałyśmy, ale to coś potrzebuje nazwy. Zwariuję jeśli nic nie zrobimy - podniosłam się gwałtownie.
- A co byś chciała zrobić? - Sin posłała mi pełne zwątpienia spojrzenie. Boże, ona naprawdę była piękna.
- Nie mam pojęcia - jęknęłam, znów opadając na poduszki. - Ale to wszystko sprawia, że mam ochotę krzyczeć.
- Lepiej idź spać - w jej głosie pobrzmiewał uśmiech. Odwróciłam się do niej plecami i znowu zamknęłam oczy licząc na sen. Odpływając w krainę Morfeusza podjęłam ostateczną decyzję: nie dam się ponieść emocjom, nie będę cierpieć, bez względu na to jak dużo wysiłku będzie mnie to kosztowało.
Sin? Rozdział strasznie mi się nie podoba, ale jestem w takim nastroju z którego po prostu nic dobrego nie ma prawa wyjść, więc taki już zostanie.
niedziela, 10 września 2017
Od Sinoite CD Slo
Bluza była przyjemnie ciepła, pewnie męska, ale mimo że powinna, nie pachniała mężczyzną, tylko zgnilizną. Jak cały zabałaganiony świat, a więc trudno, żeby wydzielała inny zapach. Zmysły Sin się już do tego przyzwyczaiły. Teraz jednak chłód betonu kontrastował z powoli zwiększającą się temperaturą jej ciała. Widok był prześliczny; nigdy nie widziała czegoś takiego. Może dlatego wciąż tkwiła na zimnym gruncie obok tej zjawiskowej i nieprzewidywalnej dziewczyny z niewielkim, blaszanym pudełeczkiem. Nie wiedziała dlaczego ta ją tu zabrała, ani nie wiedziała dlaczego jej to nie zastanawiało. Myśli Sin błądziły daleko, dalej niż sięgała jej głowa. Oparła podbródek na podwiniętych kolanach, dłonie chowając w zdecydowanie za długie rękawy bluzy. Zamrugała powiekami, gdy kłęby dymu owiały jej twarz. Na słowa Slo i podsuniętego pod zadarty nosek skręta, zbladła lekko.
- Dziękuję - wyszeptała, bo lubiła swój głos, gdy szeptała. Brzmiał łagodniej i delikatniej, tak jak powinien był brzmieć już zawsze. Niepewnie wyciągnęła rękę po jonta, unosząc go do warg. Gdy dym dostał się do jej płuc, głośno odkaszlnęła. Slo chciała, żeby Sin poczuła. Tylko że ona czuła; niewiarygodnie intensywnie. Do pewnego momentu intensywność ją aż ogłuszyła. Cały jej umysł przypominał rozwodniony budyń. Wprawdzie emocje niebieskowłosej były dla niej niewiadomą, ale pewnie w końcu wyjdą na wierzch, bo ileż można je powściągać. Sinoite docisnęła swoją dłonią leżącą na betonie dłoń Slo i poczuła, że ta ją ciągnie. Niecierpliwie, gwałtownie. Przysunęła się bliżej, ale ponaglające szarpanie nie ustawało. Slo pochyliła się do tyłu, wtedy niespodziewanie Sin znalazła się nad nią. Na klęczkach, ze zwisającymi wokół twarzy splątanymi, długimi włosami. One zasłoniły jej widok, sprawiając, że przed oczami miała tylko Anne. Instynktownie pochyliła głowę, ogrzewając policzki Slo swoim drżącym oddechem. Nie liczyła na pocałunki, które owszem, podobały jej się, ale Sin chciała patrzeć. Zwyczajnie podziwiać.
Slo?
- Dziękuję - wyszeptała, bo lubiła swój głos, gdy szeptała. Brzmiał łagodniej i delikatniej, tak jak powinien był brzmieć już zawsze. Niepewnie wyciągnęła rękę po jonta, unosząc go do warg. Gdy dym dostał się do jej płuc, głośno odkaszlnęła. Slo chciała, żeby Sin poczuła. Tylko że ona czuła; niewiarygodnie intensywnie. Do pewnego momentu intensywność ją aż ogłuszyła. Cały jej umysł przypominał rozwodniony budyń. Wprawdzie emocje niebieskowłosej były dla niej niewiadomą, ale pewnie w końcu wyjdą na wierzch, bo ileż można je powściągać. Sinoite docisnęła swoją dłonią leżącą na betonie dłoń Slo i poczuła, że ta ją ciągnie. Niecierpliwie, gwałtownie. Przysunęła się bliżej, ale ponaglające szarpanie nie ustawało. Slo pochyliła się do tyłu, wtedy niespodziewanie Sin znalazła się nad nią. Na klęczkach, ze zwisającymi wokół twarzy splątanymi, długimi włosami. One zasłoniły jej widok, sprawiając, że przed oczami miała tylko Anne. Instynktownie pochyliła głowę, ogrzewając policzki Slo swoim drżącym oddechem. Nie liczyła na pocałunki, które owszem, podobały jej się, ale Sin chciała patrzeć. Zwyczajnie podziwiać.
Slo?
sobota, 9 września 2017
Od Sloanne CD Sinoite
Chwyciłam jej ciepłe palce, przez chwilę bojąc się nawet odetchnąć. Chciałam żeby ten moment trwał wiecznie, jednak zbyt dotkliwie zdawałam sobie sprawę jak szybko mają w zwyczaju uciekać chwile, które tak mocno pragnęlibyśmy zatrzymać. Więc nie zwlekając dłużej złączyłam nasze drżące od nienazwanych uczuć wargi w pełnym rosnącej namiętności pocałunku. Jeśli życie dało mi tylko jedną szansę by być naprawdę szczęśliwą nie miałam zamiaru jej zmarnować, bo cholera, jutro możemy być martwi. Sin odsunęła się ode mnie z trudem łapiąc oddech. Na jej policzkach zakwitły mocne rumieńce i byłam niemal pewna, że sama wyglądam podobnie. Ona jest cudowna, przemknęło mi przez myśl, jednak zdusiłam w zarodku palącą chęć ponownego przyciągnięcia jej do siebie.
- Dam ci suche ubrania - zaoferowałam patrząc jak drży na całym ciele. Podeszłam do szafy i wygrzebałam z niej bieliznę, spodenki i bluzę Dominica, którą zakosiłam mu przy sortowaniu prania po tym jak podwędził mi ulubioną czapkę. Podałam ubranie Sinoite.
- Pożyczyłabym ci stanik, ale nie będzie pasował - zmierzyłam ją wzrokiem, a po chwili milczenia dodałam - Łazienka jest tam - wskazałam kciukiem drzwi za plecami i odwróciłam się obserwując jak bez przekonania zmierza w ich kierunku. Uśmiechnęłam się mimowolnie i również dla siebie wybrałam coś suchego. Naciągałam spodnie od dresu kiedy do pokoju wróciła Sinoite. Miałam wrażenie, że lekki powiew wiatru mógłby mnie w tej chwili zwalić z nóg, a uporczywy ucisk w żołądku lada moment pomoże mi pozbyć się dzisiejszego śniadania. I wtedy zdałam sobie sprawę, że zupełnie niespodziewanie polubiłam ją bardziej niż bym sobie tego życzyła.
- A może to wina alkoholu - westchnęłam cicho, kończąc zakładać spodnie. Spod stolika nocnego wydobyłam małe, blaszane pudełko z którego powoli odchodziła farba.
- Chodź, coś ci pokażę - zaproponowałam, prowadząc ją przez pokój do wyjścia. W mroku odnalazłam drzwi prowadzące na wąskie schody pożarowe.
- Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości - mruknęłam wspinając się na górę.
- Tylko trochę - słyszałam, że głos jej drży. Weszłyśmy na dach skąd rozciągał się widok na prawie cały Manhattan otoczony łuną kolorowych świateł. Usiadłam na chłodnym betonie robiąc też miejsce dla Sin. Usiadła obok patrząc w dal. Tak to zdecydowanie był widok który zapierał dech w piersiach, ja jednak skupiłam uwagę na pudełku i jego zawartości. Zabrałam się za mozolne skręcanie jointa. Niezbyt mocnego. Takiego, który tylko podjudza emocje, a nie ucisza je całkowicie. Choć miałam wrażenie, że w każdej chwili te toczące zaciętą walkę w moim wnętrzu rozewrą mnie na strzępy, nie tego teraz potrzebowałam. Chciałam czuć i przede wszystkim chciałam żeby Sin czuła. Podpaliłam skręta, mocno zaciągając się dymem.
- Twoja kolej - podałam jej rażącego się jointa.
Sinoite? Wyczuwam dobrą atmosferę na palenie po studencku ^^
- Dam ci suche ubrania - zaoferowałam patrząc jak drży na całym ciele. Podeszłam do szafy i wygrzebałam z niej bieliznę, spodenki i bluzę Dominica, którą zakosiłam mu przy sortowaniu prania po tym jak podwędził mi ulubioną czapkę. Podałam ubranie Sinoite.
- Pożyczyłabym ci stanik, ale nie będzie pasował - zmierzyłam ją wzrokiem, a po chwili milczenia dodałam - Łazienka jest tam - wskazałam kciukiem drzwi za plecami i odwróciłam się obserwując jak bez przekonania zmierza w ich kierunku. Uśmiechnęłam się mimowolnie i również dla siebie wybrałam coś suchego. Naciągałam spodnie od dresu kiedy do pokoju wróciła Sinoite. Miałam wrażenie, że lekki powiew wiatru mógłby mnie w tej chwili zwalić z nóg, a uporczywy ucisk w żołądku lada moment pomoże mi pozbyć się dzisiejszego śniadania. I wtedy zdałam sobie sprawę, że zupełnie niespodziewanie polubiłam ją bardziej niż bym sobie tego życzyła.
- A może to wina alkoholu - westchnęłam cicho, kończąc zakładać spodnie. Spod stolika nocnego wydobyłam małe, blaszane pudełko z którego powoli odchodziła farba.
- Chodź, coś ci pokażę - zaproponowałam, prowadząc ją przez pokój do wyjścia. W mroku odnalazłam drzwi prowadzące na wąskie schody pożarowe.
- Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości - mruknęłam wspinając się na górę.
- Tylko trochę - słyszałam, że głos jej drży. Weszłyśmy na dach skąd rozciągał się widok na prawie cały Manhattan otoczony łuną kolorowych świateł. Usiadłam na chłodnym betonie robiąc też miejsce dla Sin. Usiadła obok patrząc w dal. Tak to zdecydowanie był widok który zapierał dech w piersiach, ja jednak skupiłam uwagę na pudełku i jego zawartości. Zabrałam się za mozolne skręcanie jointa. Niezbyt mocnego. Takiego, który tylko podjudza emocje, a nie ucisza je całkowicie. Choć miałam wrażenie, że w każdej chwili te toczące zaciętą walkę w moim wnętrzu rozewrą mnie na strzępy, nie tego teraz potrzebowałam. Chciałam czuć i przede wszystkim chciałam żeby Sin czuła. Podpaliłam skręta, mocno zaciągając się dymem.
- Twoja kolej - podałam jej rażącego się jointa.
Sinoite? Wyczuwam dobrą atmosferę na palenie po studencku ^^
Od Sinoite CD Slo
Kubek Sinoite trafił na zrobiony z drewna prowizoryczny stolik. Postawiła go tam wcześniej, zanim Slo dała jej do rąk szorstki ręcznik. Tak naprawdę nie lubiła też herbaty. Ani kawy. Przez nieszczelne okna do pokoju wpadł podmuch zimnego wiatru, który przesunął się po odkrytych częściach jej ciała, a więc ramionach oraz szyi. Chciała potrzeć te miejsca ręcznikiem, ale niebieskowłosa dziewczyna ją ubiegła. Dotyk Slo wprawił ją w dziwne drżenie, jednocześnie zmieszanie, nie była na niego gotowa. Przypuszczalnie nigdy nie będzie. Gdzieś w głębi jej umysłu zamigotała nieśmiała pożądliwość, choć Sin nie potrafiła jej prawidłowo schwycić. Niedoświadczona, przestraszona i niewidzialna. Taka była.
Należała do pulchniejszych osób, ale nie miała kompleksów, które tworzą się przez życie w społeczeństwie. Przecież ona w żadnym społeczeństwie nie żyła. Wyzwiska padały, poniżanie nie robiło na niej wrażenia. Nie kiedy świat był zniszczony, a jej dusza jeszcze bardziej. Więc może rzeczywiście była piękna; brzydko piękna.
- Nie bywam często na powierzchni - wyszeptała Sin ze śmieszną powagą. Jakby bała się, że kogoś obudzi albo coś przerwie. Powoli zaczynała się czuć bezpiecznie, ogrzewana ciałem drugiej. Slo zaprzestała nieśpiesznych, posuwistych ruchów dłoni, ale wciąż nie zdejmowała ich z jej ramion.
- Tam jest lepiej? - zapytała cicho przez spierzchnięte wargi.
- Nie ma deszczu - parsknęła Sin, zakładając zbłąkany kosmyk włosów za ucho. Trzęsła się już cała, ale nie z zimna. Kierowana impulsem odwróciła się do dziewczyny twarzą, jednocześnie wyrywając z uścisku i stanęła, prawie stykając się z nią czołami. To w tamtym momencie spojrzenie iskrzących oczu Slo ją usidliło. Ale ona nie była spłoszoną sarenką, bo te sidła jej się podobały. Wspięła się na palce, po czym ostrożnie i pewnie nieco niezdarnie uniosła dłoń i jej zewnętrzną stroną pogładziła policzek niebieskowłosej. Nie odważyła się zrobić niczego innego.
Slo?
Należała do pulchniejszych osób, ale nie miała kompleksów, które tworzą się przez życie w społeczeństwie. Przecież ona w żadnym społeczeństwie nie żyła. Wyzwiska padały, poniżanie nie robiło na niej wrażenia. Nie kiedy świat był zniszczony, a jej dusza jeszcze bardziej. Więc może rzeczywiście była piękna; brzydko piękna.
- Nie bywam często na powierzchni - wyszeptała Sin ze śmieszną powagą. Jakby bała się, że kogoś obudzi albo coś przerwie. Powoli zaczynała się czuć bezpiecznie, ogrzewana ciałem drugiej. Slo zaprzestała nieśpiesznych, posuwistych ruchów dłoni, ale wciąż nie zdejmowała ich z jej ramion.
- Tam jest lepiej? - zapytała cicho przez spierzchnięte wargi.
- Nie ma deszczu - parsknęła Sin, zakładając zbłąkany kosmyk włosów za ucho. Trzęsła się już cała, ale nie z zimna. Kierowana impulsem odwróciła się do dziewczyny twarzą, jednocześnie wyrywając z uścisku i stanęła, prawie stykając się z nią czołami. To w tamtym momencie spojrzenie iskrzących oczu Slo ją usidliło. Ale ona nie była spłoszoną sarenką, bo te sidła jej się podobały. Wspięła się na palce, po czym ostrożnie i pewnie nieco niezdarnie uniosła dłoń i jej zewnętrzną stroną pogładziła policzek niebieskowłosej. Nie odważyła się zrobić niczego innego.
Slo?
wtorek, 5 września 2017
Od Sloanne CD Sinoite
- Zazwyczaj nie zaczynam w ten sposób znajomości - oznajmiłam, mając nadzieję, że w ten sposób ośmielę ją nieco. Przynajmniej nie te na których mi zależy, przeszło mi przez myśl. No właśnie: zależy mi czy nie? Poczułam irytację obserwując jak Sionite niemal bez ruchu wpatruje się we mnie. Pobladła nieco, jednak poza tym wszystko pozostało takie samo. Jej wzrok utkwiony był w mojej twarzy jednak zdawała się wcale mnie nie dostrzegać, nadal... Zrób coś! - błagałam w myślach.
- Podoba mi się twoje imię - oznajmiłam, upijając kolejny łyk drinka.
- Dziękuję - równie dobrze mogłaby wpatrywać się w barowy stołek, jednak na jej ustach zamigotał delikatny uśmiech. Znów zapragnęłam poczuć ich słodki smak.
- To wódka? - spytałam podsuwając sobie jej szklankę z zainteresowaniem.
- Woda - odparła z niemal niedosłyszalnym rozbawieniem - Nie piję.
- Naprawdę? - zdziwiłam się - Więc nie będziesz się tutaj dobrze bawiła. Myślałam, że uda mi się zaciągnąć cię do tańca, ale to może innym razem. Chodźmy.
W trzech potężnych łykach opróżniłam moją szklankę, skrzywiłam się lekko i bez zastanowienia chwytając Sinoite za przyjemnie ciepłą dłoń pociągnęłam ją za sobą. Miała niezwykle gładką skórę. Zastanawiałam się od kiedy obudziły się we mnie takie pokłady romantyzmu. Zazwyczaj właśnie w tej chwili wychodziłabym z toalety poprawiając rozmazaną szminkę nie myśląc nawet o osobie która została w środku. Sin była inna czy może to ja się zmieniłam. Albo to tylko kwestia czasu kiedy wszystko wróci do normy. Kiedy owiało nas zimne, nocne powietrze, a oszpecone rdzą drzwi zatrzasnęły się z hukiem Sinoite wyrwała dłoń z mojego uścisku.
- Gdzie idziemy? - spytała niepewnie rozglądając się dookoła. Ciekawiło mnie jak dużo czasu spędza na powierzchni ryzykując złapanie przez rządowców.
- Niespodzianka - uśmiechnęłam się tajemniczo. Tak bardzo chciałabym zrobić na niej wrażenie... Zupełnie chore pragnienie, co się ze mną dzieje? W połowie drogi do szpitala zaczęło padać, więc jeszcze przyśpieszyłyśmy. Dziwiłam się, że mimo niepewności Sinoite zgodziła się ze mną iść. Choć nie zdawała się ufać mi nawet w najmniejszym stopniu, uznałam to za moje małe zwycięstwo. W drzwiach przepuściłam ją przodem, jednak potem ruszyłam pierwsza w stronę mojego pokoju. Przemierzałyśmy pozornie pusty szpital w całkowitej ciszy. Był środek nocy, a moi przyjaciele pewnie głęboko spali. Wyobrażałam sobie naszą rozmowę:
"Sin: Gdzie my jesteśmy?
Ja: W miejscu w którym będziesz bezpieczna. Nie bój się.
Sin: Wcale się nie boję.
Ja (z nutą kpiny): Tylko głos ci drży.
Chwila ciszy
Ja: Chcesz coś do picia? Nie alkoholowego?
Sin: Masz herbatę?
Ja: Jasne".
Ale najwyraźniej wcale tego nie potrzebowałyśmy, bo żadna z nas nie odezwała się ani słowem. Zatrzymałyśmy się w kuchni gdzie wedle mojego scenariusza zaparzyłam herbatę, a z szafki wygrzebałam ręczniki. Podałam jej kubek i ręcznik po czym zaprowadziłam do mojego pokoju. Na środku dużej i prawie pustej sali leżał materac z rozrzuconą na nim pościelą i stolikiem zrobionym z drewnianej skrzynki na którym stała lampka. Przez duże okna na drewnianą podłogę padały światła ulicznych latarni. Przy ścianie stała wielka szafa a obok niej piętrzyły się stosy książek.
- Witaj w moim królestwie - zatoczyłam dłonią krąg w ciemności, jednak nie byłam wcale pewna czy to zauważyła. Stanęła przy oknie chłonąc wzrokiem widok miasta nocą rozciągający się za nim. Podeszłam bliżej, nie mogąc znieść dzielącej nas odległości. To tylko kilka metrów wariatko, skarciłam samą siebie. Powoli wyjęłam jej z dłoni ręcznik i zarzuciłam na ramiona.
- Głupi deszcz - mruknęłam, przygryzając dolną wargę i pocierając jej lodowatą skórę. Nie mogłam się oprzeć hipnotyzującemu spojrzeniu jej wielkich oczu - Jesteś piękna - wyszeptałam, nie myśląc o tym co mówię.
Sin? Nie wiem co mnie poniosło w tak romantycznym kierunku... Miałam na to zupełnie inny pomysł na początku, ale mówi się trudno, tak chyba też jest nieźle.
- Podoba mi się twoje imię - oznajmiłam, upijając kolejny łyk drinka.
- Dziękuję - równie dobrze mogłaby wpatrywać się w barowy stołek, jednak na jej ustach zamigotał delikatny uśmiech. Znów zapragnęłam poczuć ich słodki smak.
- To wódka? - spytałam podsuwając sobie jej szklankę z zainteresowaniem.
- Woda - odparła z niemal niedosłyszalnym rozbawieniem - Nie piję.
- Naprawdę? - zdziwiłam się - Więc nie będziesz się tutaj dobrze bawiła. Myślałam, że uda mi się zaciągnąć cię do tańca, ale to może innym razem. Chodźmy.
W trzech potężnych łykach opróżniłam moją szklankę, skrzywiłam się lekko i bez zastanowienia chwytając Sinoite za przyjemnie ciepłą dłoń pociągnęłam ją za sobą. Miała niezwykle gładką skórę. Zastanawiałam się od kiedy obudziły się we mnie takie pokłady romantyzmu. Zazwyczaj właśnie w tej chwili wychodziłabym z toalety poprawiając rozmazaną szminkę nie myśląc nawet o osobie która została w środku. Sin była inna czy może to ja się zmieniłam. Albo to tylko kwestia czasu kiedy wszystko wróci do normy. Kiedy owiało nas zimne, nocne powietrze, a oszpecone rdzą drzwi zatrzasnęły się z hukiem Sinoite wyrwała dłoń z mojego uścisku.
- Gdzie idziemy? - spytała niepewnie rozglądając się dookoła. Ciekawiło mnie jak dużo czasu spędza na powierzchni ryzykując złapanie przez rządowców.
- Niespodzianka - uśmiechnęłam się tajemniczo. Tak bardzo chciałabym zrobić na niej wrażenie... Zupełnie chore pragnienie, co się ze mną dzieje? W połowie drogi do szpitala zaczęło padać, więc jeszcze przyśpieszyłyśmy. Dziwiłam się, że mimo niepewności Sinoite zgodziła się ze mną iść. Choć nie zdawała się ufać mi nawet w najmniejszym stopniu, uznałam to za moje małe zwycięstwo. W drzwiach przepuściłam ją przodem, jednak potem ruszyłam pierwsza w stronę mojego pokoju. Przemierzałyśmy pozornie pusty szpital w całkowitej ciszy. Był środek nocy, a moi przyjaciele pewnie głęboko spali. Wyobrażałam sobie naszą rozmowę:
"Sin: Gdzie my jesteśmy?
Ja: W miejscu w którym będziesz bezpieczna. Nie bój się.
Sin: Wcale się nie boję.
Ja (z nutą kpiny): Tylko głos ci drży.
Chwila ciszy
Ja: Chcesz coś do picia? Nie alkoholowego?
Sin: Masz herbatę?
Ja: Jasne".
Ale najwyraźniej wcale tego nie potrzebowałyśmy, bo żadna z nas nie odezwała się ani słowem. Zatrzymałyśmy się w kuchni gdzie wedle mojego scenariusza zaparzyłam herbatę, a z szafki wygrzebałam ręczniki. Podałam jej kubek i ręcznik po czym zaprowadziłam do mojego pokoju. Na środku dużej i prawie pustej sali leżał materac z rozrzuconą na nim pościelą i stolikiem zrobionym z drewnianej skrzynki na którym stała lampka. Przez duże okna na drewnianą podłogę padały światła ulicznych latarni. Przy ścianie stała wielka szafa a obok niej piętrzyły się stosy książek.
- Witaj w moim królestwie - zatoczyłam dłonią krąg w ciemności, jednak nie byłam wcale pewna czy to zauważyła. Stanęła przy oknie chłonąc wzrokiem widok miasta nocą rozciągający się za nim. Podeszłam bliżej, nie mogąc znieść dzielącej nas odległości. To tylko kilka metrów wariatko, skarciłam samą siebie. Powoli wyjęłam jej z dłoni ręcznik i zarzuciłam na ramiona.
- Głupi deszcz - mruknęłam, przygryzając dolną wargę i pocierając jej lodowatą skórę. Nie mogłam się oprzeć hipnotyzującemu spojrzeniu jej wielkich oczu - Jesteś piękna - wyszeptałam, nie myśląc o tym co mówię.
Sin? Nie wiem co mnie poniosło w tak romantycznym kierunku... Miałam na to zupełnie inny pomysł na początku, ale mówi się trudno, tak chyba też jest nieźle.
poniedziałek, 4 września 2017
Od Sionite CD Sloanne
Odrzuciło ją. Albo raczej tylko jej głowę, bo ciało nawet nie drgnęło. Zbliżenie trwało może kilka sekund, gwałtowne, niespodziewane. Potem szeroki uśmiech tamtej dziewczyny i Sin poczuła się, jakby przesadziła z procentami. Kiedy opuściła powieki, na ustach czuła jeszcze smak pocałunku. Wargi jej napuchły, dłonie rozluźniwszy się, upuściły papierową parasoleczkę.
- Sinoite - przedstawiła się Sinoite.
Cały róż odpłynął jej z policzków, a dotąd i tak znajdował się tam w znikomych ilościach. Gdyby świat był inny, gdyby ona sama była normalniejsza, pewnie zawyłaby ze sprofanowania. Teraz jednak uczucie odurzyło ją jak twardy narkotyk. Uczucie niewiadomo czego.
Obiema dłońmi objęła szklankę, w zamyśleniu studiując pomarszczoną taflę napoju. Wody, bo nie pijała niczego innego. Bo nie ma się wyboru, jak nie lubi się alkoholu. Prezentując Slo swój pełen urokliwości profil, uniosła wodę do ust. Nagle jakby ktoś ją wyrwał z transu, całą uwagę skupiła na niebieskowłosej dziewczynie, nie upiwszy nawet łyka.
- Lux Novum - bezgłośnie poruszyła ustami. - Nie masz Lux Novum! - wykrzyknęła. Jakby ktokolwiek tutaj je miał. Fiołkowe oczy błysnęły jakoś dziwnie. Slo z obawą jakoby Sin była niespełna rozumu, powoli pokiwała głową. Nie mieszała już w swoim mohito. Sinoite poruszyła się w taki sposób, że strzeliły jej stawy.
- Ja też - przyznała chętnie. Tylko woda stała przed nią nienaruszona.
Slo?
- Sinoite - przedstawiła się Sinoite.
Cały róż odpłynął jej z policzków, a dotąd i tak znajdował się tam w znikomych ilościach. Gdyby świat był inny, gdyby ona sama była normalniejsza, pewnie zawyłaby ze sprofanowania. Teraz jednak uczucie odurzyło ją jak twardy narkotyk. Uczucie niewiadomo czego.
Obiema dłońmi objęła szklankę, w zamyśleniu studiując pomarszczoną taflę napoju. Wody, bo nie pijała niczego innego. Bo nie ma się wyboru, jak nie lubi się alkoholu. Prezentując Slo swój pełen urokliwości profil, uniosła wodę do ust. Nagle jakby ktoś ją wyrwał z transu, całą uwagę skupiła na niebieskowłosej dziewczynie, nie upiwszy nawet łyka.
- Lux Novum - bezgłośnie poruszyła ustami. - Nie masz Lux Novum! - wykrzyknęła. Jakby ktokolwiek tutaj je miał. Fiołkowe oczy błysnęły jakoś dziwnie. Slo z obawą jakoby Sin była niespełna rozumu, powoli pokiwała głową. Nie mieszała już w swoim mohito. Sinoite poruszyła się w taki sposób, że strzeliły jej stawy.
- Ja też - przyznała chętnie. Tylko woda stała przed nią nienaruszona.
Slo?
niedziela, 3 września 2017
Od Dominica
Wodziłem ołówkiem po kartce próbując z bezkształtnego szkicu wydobyć jakąś głębię. Siedziałem w zniszczonej części szpitala na najwyższym piętrze zwieszając nogi za nierówną krawędź nagle kończącej się podłogi. Przede mną rozciągało się pochłonięte w porannej szarości miasto. Zagryzłem dolną wargę wracając do rysowania. Ciemne linie zaczęły przypominać całkiem skomplikowaną maszynę, kiedy słońce w całej swojej okazałości ogrzewało moją twarz.
- Nie śpisz - usłyszałem głos Jo tuż za mną. Odwróciłem się, obserwując jak siada obok i wbija wzrok w rozciągające się przed nami miasto w końcu popatrzyła na mnie. W jej oczach lśniły promienie słoneczne.
- Nie śpię - uśmiechnąłem się do niej leniwie - Jesteś niezwykle spostrzegawcza.
- A ty wybitnie głupi - odcięła się.
- Hej, hej! - uniosłem dłonie w obronnym geście. Szkicownik opadł na podłogę, a rysik przeturlał się poza jej krawędź. Obiecałem sobie, że znajdę nowy. Miałem tylko nadzieję, że nie trafi jakiegoś przechodnia w oko - Gdyby nie twoja wyraźnie wadliwa inteligencja mogłabyś wziąć moje słowa za całkiem zadowalający komplement.
- Och nie - zaśmiała się potrząsając związanymi w kucyk lokami - Ty to odwracasz. Ja jestem zwyczajnie zbyt mądra.
- Skoro tak mówisz... - wzruszyłem ramionami podczas gdy moje ego klepało ją po głowie z pobłażliwym "mój ty głuptasku!". Mówiła przecież, że jest inteligentna i na pewno nie jest twoja! Nick, ty jednak jesteś idiotą...
- Przyniosłam ci kawę - podała mi kubek nad którym unosiła się para. Pociągnąłem łyk i skrzywiłem się mimowolnie. Słodka, ale w sumie czego można by spodziewać się od takiej dziewczyny. Słodka. Miałem wrażenie, że coraz bardziej ją lubię. Wolałem nie zastanawiać się nad tym czy to kwestia zbyt małej ilości, mojego pozostawiającego wiele do życzenia poczucia racjonalności, czy może to wszystko wina jej bez wątpienia olśniewającej urody. Posłałem jej jeden jeden z moich bardziej wyjątkowych uśmiechów, kiedy popijała swoją kawę obserwując mnie uważnie.
- Dzięki - mruknąłem szybko przełykając napój - Ale skąd wiedziałaś, że mnie tu znajdziesz?
- Żeby to odkryć nie trzeba być zbyt spostrzegawczym - prychnęła, zagarniając za ucho kilka niesfornych pasemek które wymknęły się z jej kucyka - Jak nauczysz się chodzić ciszej i wymyślisz sobie inne miejsce do którego będziesz się nieudolnie zakradał za każdym razem kiedy nie możesz spać to pogadamy.
- Wcale nie jestem aż tak przewidywalny - oburzyłem się..
- Wmawiaj sobie co tylko chcesz.
- A żebyś wiedziała. Tak właśnie zrobię - dopiłem kawę podnosząc się i podałem dłoń Joanne - Chodźmy na zewnątrz. Mam już dość siedzenia.
Odłożyliśmy kubki do prowizorycznej kuchni i wyszliśmy ze szpitala.
- Czemu to robimy? - musiałem przyznać, że wygląda uroczo kiedy marszczy brwi w konsternacji.
- Żeby rozprostować nogi, pooddychać świeżym powietrzem i cieszyć się wolnością. Nie mamy chipów! Czyż to nie cudowne? - gwałtownie schyliłem się po mój rysik który w trzech kawałkach leżał na chodniku dokładnie w miejscu w którym się spodziewałem. Nigdzie w okolicy nie znalazłem żadnego przebitego oka co oznaczało, że nie jestem winny śmierci jakiegoś człowieka. Ten dzień zapowiadał się całkiem nieźle. Schowałem szczątki mojego rysowniczego narzędzia do kieszeni kurtki i kilkoma dłuższymi krokami dogoniłem Jo.
- Rozprostowywanie nóg w połączeniu z brakiem Lux Novum to bardzo zły pomysł. Zaraz nas namierzą, zobaczysz. Poza tym powietrze wcale nie jest czyste i doskonale o tym wiesz! - naburmuszyła się.
- Spokojnie, mała. Wszystko będzie dobrze - objąłem ją ramieniem. Jo tylko przewróciła oczami.
Joasiu, słońce...? Co dalej?
Tylko nie bierz Nicka za bardzo na serio. Nie zapominaj, że straszny z niego flirciarz. On zakochałby się we własnej stopie gdyby tylko nie była jego i nie widywałby jej co rano wstając z łóżka. Wtedy to nie byłaby już jego stopa... No nie ważne, wiesz co mam na myśli ;)
- Nie śpisz - usłyszałem głos Jo tuż za mną. Odwróciłem się, obserwując jak siada obok i wbija wzrok w rozciągające się przed nami miasto w końcu popatrzyła na mnie. W jej oczach lśniły promienie słoneczne.
- Nie śpię - uśmiechnąłem się do niej leniwie - Jesteś niezwykle spostrzegawcza.
- A ty wybitnie głupi - odcięła się.
- Hej, hej! - uniosłem dłonie w obronnym geście. Szkicownik opadł na podłogę, a rysik przeturlał się poza jej krawędź. Obiecałem sobie, że znajdę nowy. Miałem tylko nadzieję, że nie trafi jakiegoś przechodnia w oko - Gdyby nie twoja wyraźnie wadliwa inteligencja mogłabyś wziąć moje słowa za całkiem zadowalający komplement.
- Och nie - zaśmiała się potrząsając związanymi w kucyk lokami - Ty to odwracasz. Ja jestem zwyczajnie zbyt mądra.
- Skoro tak mówisz... - wzruszyłem ramionami podczas gdy moje ego klepało ją po głowie z pobłażliwym "mój ty głuptasku!". Mówiła przecież, że jest inteligentna i na pewno nie jest twoja! Nick, ty jednak jesteś idiotą...
- Przyniosłam ci kawę - podała mi kubek nad którym unosiła się para. Pociągnąłem łyk i skrzywiłem się mimowolnie. Słodka, ale w sumie czego można by spodziewać się od takiej dziewczyny. Słodka. Miałem wrażenie, że coraz bardziej ją lubię. Wolałem nie zastanawiać się nad tym czy to kwestia zbyt małej ilości, mojego pozostawiającego wiele do życzenia poczucia racjonalności, czy może to wszystko wina jej bez wątpienia olśniewającej urody. Posłałem jej jeden jeden z moich bardziej wyjątkowych uśmiechów, kiedy popijała swoją kawę obserwując mnie uważnie.
- Dzięki - mruknąłem szybko przełykając napój - Ale skąd wiedziałaś, że mnie tu znajdziesz?
- Żeby to odkryć nie trzeba być zbyt spostrzegawczym - prychnęła, zagarniając za ucho kilka niesfornych pasemek które wymknęły się z jej kucyka - Jak nauczysz się chodzić ciszej i wymyślisz sobie inne miejsce do którego będziesz się nieudolnie zakradał za każdym razem kiedy nie możesz spać to pogadamy.
- Wcale nie jestem aż tak przewidywalny - oburzyłem się..
- Wmawiaj sobie co tylko chcesz.
- A żebyś wiedziała. Tak właśnie zrobię - dopiłem kawę podnosząc się i podałem dłoń Joanne - Chodźmy na zewnątrz. Mam już dość siedzenia.
Odłożyliśmy kubki do prowizorycznej kuchni i wyszliśmy ze szpitala.
- Czemu to robimy? - musiałem przyznać, że wygląda uroczo kiedy marszczy brwi w konsternacji.
- Żeby rozprostować nogi, pooddychać świeżym powietrzem i cieszyć się wolnością. Nie mamy chipów! Czyż to nie cudowne? - gwałtownie schyliłem się po mój rysik który w trzech kawałkach leżał na chodniku dokładnie w miejscu w którym się spodziewałem. Nigdzie w okolicy nie znalazłem żadnego przebitego oka co oznaczało, że nie jestem winny śmierci jakiegoś człowieka. Ten dzień zapowiadał się całkiem nieźle. Schowałem szczątki mojego rysowniczego narzędzia do kieszeni kurtki i kilkoma dłuższymi krokami dogoniłem Jo.
- Rozprostowywanie nóg w połączeniu z brakiem Lux Novum to bardzo zły pomysł. Zaraz nas namierzą, zobaczysz. Poza tym powietrze wcale nie jest czyste i doskonale o tym wiesz! - naburmuszyła się.
- Spokojnie, mała. Wszystko będzie dobrze - objąłem ją ramieniem. Jo tylko przewróciła oczami.
Joasiu, słońce...? Co dalej?
Tylko nie bierz Nicka za bardzo na serio. Nie zapominaj, że straszny z niego flirciarz. On zakochałby się we własnej stopie gdyby tylko nie była jego i nie widywałby jej co rano wstając z łóżka. Wtedy to nie byłaby już jego stopa... No nie ważne, wiesz co mam na myśli ;)
sobota, 2 września 2017
Nowa buntowniczka!

Imię: Ze względu na obecną sytuację przedstawia się fałszywym imieniem – Naishé, aczkolwiek jej prawdziwe imię brzmi Gwen.
Data urodzin: 13 lutego 2230 (23 lata)
Wzrost: 162 cm
Stanowisko: Mechanik – kiedy tylko ma nowy projekt, nie rusza się ze swej pracowni. Wymyśla coraz to nowe gadżety i urządzenia, ułatwiające jej życie. Warto dodać, że nie jest zbyt skłonna dzielić się swymi wynalazkami z innymi, więc udostępnia tylko niektóre.
Charakter: „Widzę w tobie ciemność, dziecię”, wymamrotała kiedyś jakowaś starsza kobiecina, przypadkiem napotkana na jednej z ulic. Zarzekała się, że czyta ludzkie dusze, ale Naishé nie miała w zwyczaju przejmować się takimi nonsensami.
Ekscentryczna osóbka, powiedziałby ktoś. Nie mając w zwyczaju integrowania się z nowymi ludźmi, Naishé oddaje się pracy oraz starym znajomym… choć niewielu ich posiada. Z wiadomych przyczyn ma jednak poważne problemy z zaufaniem, także nie chcąc zbliżać się do kogokolwiek obcego, przejawia częste napady agresji i nieuprzejmości. Ciężko z nią pracować, gdyż nie wysila się na bycie miłą czy pomocną – zdaje sobie sprawę, że na tym świecie można liczyć głównie na siebie, a i każda napotkana osoba może wbić ci nóż w plecy. Brak jej zupełnie taktu, będzie tak samo opryskliwa wobec bezdomnego jak i samego prezydenta. Często odpowiada wymijająco i szybko kończy konwersację. Szczególnie nie znosi pytań prywatnych, a zwłaszcza związanych z jej historią, co za każdym razem wprowadza ją w straszny gniew.
Fobie: W głębi duszy boi się… nowych ludzi. Choćby chciała, nie potrafi do końca im zaufać, a jest to i zapewne spowodowane jej obecną gównianą sytuacją.
Hobby: Majsterkowanie i eksploracja – nie potrafiłaby wybrać, co jest lepsze. Bezsenne noce spędza na wymyślaniu nowych użytecznych gadżetów, które pomogłyby jej przetrwać ten beznadziejny świat. Popołudnia natomiast spędza z garstką swych przyjaciół, którzy nigdy jej nie zawiedli i których darzy zaufaniem. Zazwyczaj zwiedzają opuszczone zakątki miasta – dzięki temu Naishé jest doskonale obeznana w okolicy.
Historia: Mówiono, że przybyła z chłodnej północy, zupełnie wycieńczona i brudna, przyniesiona na ramionach młodego mężczyzny. Obok nich niespokojnie kroczyła kobieta, sporo starsza, wołając o pomoc. Wkrótce znalazły się dobre dusze, które zajęły się dziwnymi przybyszami i załatwiły schronienie. A może lepiej zacząć od początku?
Matka dziewczyny – Vivienne – była czarującą młodą kobietą i wspaniałą opiekunką. Troszczyła się o swoją córkę, jedyną pamiątkę po zmarłym tragicznie mężu, Joelu. Usłyszawszy o Lux Novum, Vivienne była szczerze przerażona – kontrola umysłu? Brak emocji? Nie mogła pozwolić na to, by jej jedyne maleństwo zostało poddane zachipowaniu. Choć przyszło jej to z trudem, przed siódmym rokiem życia córki sprzedała ją niejakiemu panu Twainowi, bogatemu mężczyźnie o dość mrocznej historii. W ten sposób Gwen uniknęła Lux Novum, pracując jednak niemalże niewolniczo u przedsiębiorcy, przede wszystkim utrzymując jego dom, a kilka lat później – zajmując się jego córkami. Naishé z goryczą wspomina te mroczne dwanaście lat życia w ciągłym strachu przed gniewem mężczyzny, pracując w pocie czoła. Stała się też obiektem eksperymentów Dariana, podstarzałego naukowca, testującego urządzenia na dziewczynie. W rezultacie skończyła z wieloma metalowymi częściami na ciele oraz dziwnymi urządzeniami pod skórą.
W końcu, na jednym z wystawnych przyjęć, podczas serwowania wykwintnych dań poznała Andersa – młodego chłopaka, może ze dwa lata starszego, dzieciaka któregoś z gości. Młodziak, oczarowany młodą służką, pomógł jej wydostać się z niewoli i sam z nią zbiegł, uciekając z domu. Trzy lata spędzili na błąkaniu się tu i tam, szukając swego miejsca na ziemi (i poznając przy okazji Novę, starszą od nich kobietę i wspaniałą towarzyszkę), aż trafili do Manhattanu – gdzie się osiedlili, a w końcu pobrali. Anders jednak, jako zwiadowca, został przed rokiem posłany wraz z innymi na jakową misję… nikt nie powrócił. Nie wiadomo, co się stało z mężczyzną, ale Naishé zupełnie sfiksowała przez to wydarzenie. Również w tym okresie stało się najgorsze – doszła do wniosku, że jest poszukiwana. Akt urodzin Gwen był jak najbardziej odnotowany, lecz nigdy nie złożono żadnych dokumentów o zachipowanie tejże osoby… jest na czarnej liście, a to oznacza, że łowcy nagród czyhają…
Rodzina:
- Vivienne (matka) – Naishé wspomina ją dość dobrze, jednak nigdy nie wybaczy jej tego, co uczyniła. Chciała dobrze, fakt. Lux Novum to okropne ścierwo, ale przez te kilka decyzji życie dziewczyny to kompletny bałagan.
- Max (ojciec) – ponoć był bardzo przystojny i odważny. Naishé nie miała okazji go poznać, zginął w wypadku podczas pilotowania.
- Anders (były mąż) – cudowny, opiekuńczy, ewidentnie lwie serce. Jest uważany za nieżywego, także w papierach jego małżeństwo z Naishé jest już nieważne. Dziewczyna adorowała go najmocniej w świecie, to przecież on ją chronił. Nie może zapełnić pustki w sercu po jego stracie… on musi gdzieś być. To wszystko to jakiś kiepski żart.
- Nova (przybrana siostra) – co prawda jest jej przyjaciółką, ale przedstawiają się jako siostry. Trzydziesto-trzy letnia kobieta, poznana podczas wyczerpujących wędrówek w poszukiwaniu schronienia. Charyzmatyczna i urocza osóbka. Dobrze, że Naishé ją ma. Chyba też wierzy, że Anders wciąż żyje.
Chłopak/Dziewczyna: Bez Andersa to bez sensu, naprawdę.
Sterujący: micasa / milena311k@gmail.com
Od Sloanne CD Michelle
Odetchnęłam głęboko wciąż wilgotnym powietrzem. Było zimno, więc mocniej otuliłam się kurtką którą zdobyła Mi. Czarna, skórzana i bardzo ciepła. Otatułowanymi palcami odgarnęłam mokrą grzywkę z czoła i przyśpieszyłam kroku. Minęłam skąpo ubraną dziewczynę, ze znudzeniem przeglądającą hologramiczny telefon, który rzucał na jej twarz niebieskawą poświatę, podkreślając kości policzkowe i cienie pod oczami. Trupio blada twarz ostro odcinała się od szarej ulicy z mgłą snującą się przy kanalizacjach, ale mimo to wyglądała pięknie. Moje spojrzenie ześlizgnęło się na jej kształtne nogi. Ładne. Spuściłam wzrok na własne i zrobiło mi się głupio. Teraz już prawie biegłam. Zazwyczaj chodziłam szybko. Kiedyś zbyt długie przebywanie na powietrzu było gwarancją złapania ohydnego wirusa, jednak nawet teraz, kiedy wizja zwijania się w konwulsjach nie towarzyszyła przechodniom na każdym kroku, usilnie starałam się przed czymś uciec. Zwolniłam dopiero przed odrapanymi z farby drzwiami. Otwarłam je zdecydowanym ruchem i zagłębiłam się w ciemności.
Po tym jak udało nam się przywrócić elektryczność w obozie, znaczy zajęła się tym głównie Jo z pomocą Dominica, Michelle i ja przygotowałyśmy kolację o ile rozmrożone, gąbczaste zapiekanki zasługują na takie miano.
- Oddałbym nerkę za coś co chociaż w połowie przypomina prawdziwe jedzenie - jęknął wtedy Nick, żując chorobliwie biały chleb - Zjadłbym steaka z ziemniakami takimi prawdziwymi, które ktoś wygrzebał z ziemi, a nie wyhodował w laboratorium.
- Możesz sobie pomarzyć - prychnęła Michelle i kręcąc głową z niedowierzaniem dodała - Prawdziwy facet, kurcze. Steaka mu się zachciało. Weź doceń to co masz, dobrze? Bo następnym razem nic dla ciebie nie zrobimy.
- Dobra, dobra! Wyluzuj - przewrócił oczami - Chciałem tylko powiedzieć, że znalezienie czegoś, kogoś prawdziwego jest w dzisiejszych czasach coraz trudniejsze. Wszystko jest sztuczne.
Miał rację. Otaczali mnie pełni złudzeń ludzie, którzy topili swoją prawdziwość w alkoholu i starali się pozbyć samych siebie zatracając się w szaleńczym tańcu. Kolorowe światła tańczące na połyskującej skórze ledwo okrytej ubraniem, dziwne drinki, ogłuszająca muzyka. Otaczała mnie iluzja i nie miałam ku temu najmniejszych wątpliwości. Podeszłam do baru, przepychając się przez tłum. Wszyscy tutaj byli wyzwoleni, jednak znacząca większość wolała nie opuszczać klubu. Pili próbując zapomnieć o tym, że na górze czeka na nich okrutny świat.
- Mocne Mohito poproszę - nie kłopotałam się nic nie znaczącymi uśmiechami w stronę barmana Jacka, którego większość przezywała Danielsem. Pracował jak w transie, za bardzo zjarany żeby zauważyć choć najdrobniejszy akt sympatii. Rozejrzałam się dookoła. Dwa stołki obok mnie siedziała dziewczyna z neonowo fioletowymi włosami, nostalgicznie mieszając papierową parasolką w swoim drinku.
- Kurwa - szepnęłam odbierając swoją szklankę. Przesiadłam się obok niej.
- Hej! - starałam się przekrzyczeć muzykę, zwrócić na siebie jej uwagę, chciałam, żeby popatrzyła na mnie i już nigdy nie odwracała wzroku bo dokładnie tak czułam się ja. Odwróciła się, jednak jej smutne oczy zdawały się wcale mnie dostrzegać. Ona musiała mnie zobaczyć, musiała mnie poczuć. Miałam wrażenie, że muszę wzbudzić w niej jakieś uczucia. Miłość czy nienawiść, irytacja, zainteresowanie. Właściwie było mi wszystko jedno. Nie wiedziałam czy to irracjonalna chęć by ktoś w końcu zwrócił na mnie uwagę, bałam się, że nie zostanę dostrzeżona, czy może targały mną prawdziwe emocje. Nie zastanawiając się nad tym dłużej pocałowałam ją. Kiedy odsunęła się ode mnie z konsternacją wyraźnie wymalowaną na twarzy. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Mam na imię Sloanne.
BUM! Krótkie i raczej głupie, wiem. Może trochę za szybko, ale taka właśnie jest Slo. Sinoite?
Po tym jak udało nam się przywrócić elektryczność w obozie, znaczy zajęła się tym głównie Jo z pomocą Dominica, Michelle i ja przygotowałyśmy kolację o ile rozmrożone, gąbczaste zapiekanki zasługują na takie miano.
- Oddałbym nerkę za coś co chociaż w połowie przypomina prawdziwe jedzenie - jęknął wtedy Nick, żując chorobliwie biały chleb - Zjadłbym steaka z ziemniakami takimi prawdziwymi, które ktoś wygrzebał z ziemi, a nie wyhodował w laboratorium.
- Możesz sobie pomarzyć - prychnęła Michelle i kręcąc głową z niedowierzaniem dodała - Prawdziwy facet, kurcze. Steaka mu się zachciało. Weź doceń to co masz, dobrze? Bo następnym razem nic dla ciebie nie zrobimy.
- Dobra, dobra! Wyluzuj - przewrócił oczami - Chciałem tylko powiedzieć, że znalezienie czegoś, kogoś prawdziwego jest w dzisiejszych czasach coraz trudniejsze. Wszystko jest sztuczne.
Miał rację. Otaczali mnie pełni złudzeń ludzie, którzy topili swoją prawdziwość w alkoholu i starali się pozbyć samych siebie zatracając się w szaleńczym tańcu. Kolorowe światła tańczące na połyskującej skórze ledwo okrytej ubraniem, dziwne drinki, ogłuszająca muzyka. Otaczała mnie iluzja i nie miałam ku temu najmniejszych wątpliwości. Podeszłam do baru, przepychając się przez tłum. Wszyscy tutaj byli wyzwoleni, jednak znacząca większość wolała nie opuszczać klubu. Pili próbując zapomnieć o tym, że na górze czeka na nich okrutny świat.
- Mocne Mohito poproszę - nie kłopotałam się nic nie znaczącymi uśmiechami w stronę barmana Jacka, którego większość przezywała Danielsem. Pracował jak w transie, za bardzo zjarany żeby zauważyć choć najdrobniejszy akt sympatii. Rozejrzałam się dookoła. Dwa stołki obok mnie siedziała dziewczyna z neonowo fioletowymi włosami, nostalgicznie mieszając papierową parasolką w swoim drinku.
- Kurwa - szepnęłam odbierając swoją szklankę. Przesiadłam się obok niej.
- Hej! - starałam się przekrzyczeć muzykę, zwrócić na siebie jej uwagę, chciałam, żeby popatrzyła na mnie i już nigdy nie odwracała wzroku bo dokładnie tak czułam się ja. Odwróciła się, jednak jej smutne oczy zdawały się wcale mnie dostrzegać. Ona musiała mnie zobaczyć, musiała mnie poczuć. Miałam wrażenie, że muszę wzbudzić w niej jakieś uczucia. Miłość czy nienawiść, irytacja, zainteresowanie. Właściwie było mi wszystko jedno. Nie wiedziałam czy to irracjonalna chęć by ktoś w końcu zwrócił na mnie uwagę, bałam się, że nie zostanę dostrzeżona, czy może targały mną prawdziwe emocje. Nie zastanawiając się nad tym dłużej pocałowałam ją. Kiedy odsunęła się ode mnie z konsternacją wyraźnie wymalowaną na twarzy. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Mam na imię Sloanne.
BUM! Krótkie i raczej głupie, wiem. Może trochę za szybko, ale taka właśnie jest Slo. Sinoite?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)