sobota, 2 września 2017

Od Sloanne CD Michelle

Odetchnęłam głęboko wciąż wilgotnym powietrzem. Było zimno, więc mocniej otuliłam się kurtką którą zdobyła Mi. Czarna, skórzana i bardzo ciepła. Otatułowanymi palcami odgarnęłam mokrą grzywkę z czoła i przyśpieszyłam kroku. Minęłam skąpo ubraną dziewczynę, ze znudzeniem przeglądającą hologramiczny telefon, który rzucał na jej twarz niebieskawą poświatę, podkreślając kości policzkowe i cienie pod oczami. Trupio blada twarz ostro odcinała się od szarej ulicy z mgłą snującą się przy kanalizacjach, ale mimo to wyglądała pięknie. Moje spojrzenie ześlizgnęło się na jej kształtne nogi. Ładne. Spuściłam wzrok na własne i zrobiło mi się głupio. Teraz już prawie biegłam. Zazwyczaj chodziłam szybko. Kiedyś zbyt długie przebywanie na powietrzu było gwarancją złapania ohydnego wirusa, jednak nawet teraz, kiedy wizja zwijania się w konwulsjach nie towarzyszyła przechodniom na każdym kroku, usilnie starałam się przed czymś uciec. Zwolniłam dopiero przed odrapanymi z farby drzwiami. Otwarłam je zdecydowanym ruchem i zagłębiłam się w ciemności.
Po tym jak udało nam się przywrócić elektryczność w obozie, znaczy zajęła się tym głównie Jo z pomocą Dominica, Michelle i ja przygotowałyśmy kolację o ile rozmrożone, gąbczaste zapiekanki zasługują na takie miano.
- Oddałbym nerkę za coś co chociaż w połowie przypomina prawdziwe jedzenie - jęknął wtedy Nick, żując chorobliwie biały chleb - Zjadłbym steaka z ziemniakami takimi prawdziwymi, które ktoś wygrzebał z ziemi, a nie wyhodował w laboratorium.
- Możesz sobie pomarzyć - prychnęła Michelle i kręcąc głową z niedowierzaniem dodała - Prawdziwy facet, kurcze. Steaka mu się zachciało. Weź doceń to co masz, dobrze? Bo następnym razem nic dla ciebie nie zrobimy.
- Dobra, dobra! Wyluzuj - przewrócił oczami - Chciałem tylko powiedzieć, że znalezienie czegoś, kogoś prawdziwego jest w dzisiejszych czasach coraz trudniejsze. Wszystko jest sztuczne.
Miał rację. Otaczali mnie pełni złudzeń ludzie, którzy topili swoją prawdziwość w alkoholu i starali się pozbyć samych siebie zatracając się w szaleńczym tańcu. Kolorowe światła tańczące na połyskującej skórze ledwo okrytej ubraniem, dziwne drinki, ogłuszająca muzyka. Otaczała mnie iluzja i nie miałam ku temu najmniejszych wątpliwości. Podeszłam do baru, przepychając się przez tłum. Wszyscy tutaj byli wyzwoleni, jednak znacząca większość wolała nie opuszczać klubu. Pili próbując zapomnieć o tym, że na górze czeka na nich okrutny świat.
- Mocne Mohito poproszę - nie kłopotałam się nic nie znaczącymi uśmiechami w stronę barmana Jacka, którego większość przezywała Danielsem. Pracował jak w transie, za bardzo zjarany żeby zauważyć choć najdrobniejszy akt sympatii. Rozejrzałam się dookoła. Dwa stołki obok mnie siedziała dziewczyna z neonowo fioletowymi włosami, nostalgicznie mieszając papierową parasolką w swoim drinku.
- Kurwa - szepnęłam odbierając swoją szklankę. Przesiadłam się obok niej.
- Hej! - starałam się przekrzyczeć muzykę, zwrócić na siebie jej uwagę, chciałam, żeby popatrzyła na mnie i już nigdy nie odwracała wzroku bo dokładnie tak czułam się ja. Odwróciła się, jednak jej smutne oczy zdawały się wcale mnie dostrzegać. Ona musiała mnie zobaczyć, musiała mnie poczuć. Miałam wrażenie, że muszę wzbudzić w niej jakieś uczucia. Miłość czy nienawiść, irytacja, zainteresowanie. Właściwie  było mi wszystko jedno. Nie wiedziałam czy to irracjonalna chęć by ktoś w końcu zwrócił na mnie uwagę, bałam się, że nie zostanę dostrzeżona, czy może targały mną prawdziwe emocje. Nie zastanawiając się nad tym dłużej pocałowałam ją. Kiedy odsunęła się ode mnie z konsternacją wyraźnie wymalowaną na twarzy. Uśmiechnęłam się szeroko.
- Mam na imię Sloanne.

BUM! Krótkie i raczej głupie, wiem. Może trochę za szybko, ale taka właśnie jest Slo. Sinoite?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz